Teatr Powszechny w Warszawie
Eric Bogosian
Sex, Drugs & Rock'n'Roll
przekład: Sławomir Michał Chwastowski
reżyseria: Aneta Groszyńska, scenografia: Paweł Cukier, światło: Michał Nowakowski
premiera: 12 kwietnia 2013

 

Joanna Tomaszewska
Osiem twarzy współczesnego człowieka

 

W monodramie Sex, Drugs & Rock’nRoll Michał Napiątek występuje w ośmiu rolach – a właściwie pokazuje osiem twarzy jednej postaci, które, odsłaniane kolejno, tworzą razem przerażający, choć momentami zabawny, obraz współczesnego człowieka. Mimo że wszyscy bohaterowie to mężczyźni, ich dążenia, potrzeby i lęki są raczej ludzkie niż specyficznie męskie. Każde z wcieleń prezentowane jest w innej sytuacji, czym innym się zajmuje, do kogo innego mówi. W pustej przestrzeni sceny okoliczności, w jakich znajduje się postać, w znacznym stopniu określane są przez grę światła. Ostry snop z góry, jak promienie słońca w południe, pozwala odtworzyć atmosferę weekendu za miastem, a neon wystarcza za całą dekorację przedstawiającą nocny klub. Każdy z ośmiu portretów to karykatura, alegoryczne wyobrażenie którejś z pułapek, czyhających na nas we współczesnym świecie, ślepych uliczek na drodze do szczęścia.
Pierwsze wcielenie to Żebrak (postaci nie posiadają nazw, nadałam je dla jasności opisu), w obszernym płaszczu i włóczkowej czapce. Mówi, że stoczył się przez uzależnienie od substancji chemicznych, które miały go leczyć, a w rezultacie zrujnowały mu zdrowie i finanse. Prosi o datki, podzwaniając drobnym bilonem w papierowym kubku. Żali się i rozpacza, aż wreszcie ktoś z widowni wrzuca do kubka parę monet. Żebrak dziękuje i mówi: „Niech ci Bóg w dzieciach wynagrodzi”. Reszta monodramu sprawia wrażenie retrospekcji, opowieści próbującej odpowiedzieć na pytanie „jak do tego doszło?”, „jak to się stało, że ten człowiek upadł tak nisko?”. Napiątek zdejmuje płaszcz, wkłada marynarkę, siada w fotelu – jest teraz Człowiekiem Biznesu, zarabia ogromne pieniądze, czuje, że jest na szczycie. Innych ludzi – współpracowników, a nawet bliskie osoby – traktuje jak pionki na szachownicy. Dystans, jaki zachowuje (odizolowany od świata w swoim biurze, rozmawia wyłącznie przez telefon), pozwala mu nie dostrzegać ich uczuć. Zadowolony z siebie, zręcznie zarządza tymi „zasobami ludzkimi”, dzieląc czas między żonę i kochankę; zwalnia pracownika, który przestał być opłacalny. Potem następują kolejne wcielenia współczesnego człowieka: Imprezowicz, żyjący od jednego urwanego filmu do drugiego; Psychiatra, prowadzący nieuzasadnioną kurację, która wyniszcza organizm pacjenta; Bogacz, prawdziwy niewolnik własnego majątku; Uzdrowiciel, mówiący ludziom to, co chcą usłyszeć, Wyposażony, który swoje niepowodzenia i frustracje odreagowuje w krótkich przygodach erotycznych, i Menel-Ekolog, postrzegający świat jako wielką górę ekskrementów.
I w ten sposób wracamy na ulicę, na dno. Amerykański sen – od pucybuta do milionera – został postawiony na głowie, pogoń za szczęściem wywiodła bohaterów spektaklu na manowce. Bo wszyscy oni albo poszukują szczęścia, albo handlują jego obietnicą. Sprzedawcy narkotyków zostają tu tak samo oszukani, jak ich klienci. Nikt nie zna odpowiedzi na pytanie: jak żyć, by być szczęśliwym? Postaci nie radzą sobie w bezlitosnej machinie cywilizacji, wyniszcza ich pośpiech, samotność, anonimowość i wrażenie bezsensu. Pragną tego, co, według mediów, da im poczucie zadowolenia i stabilizacji, a co w rzeczywistości okazuje się tylko iluzją. Wielki dom i basen za miastem nie naprawią relacji rodzinnych, a seks nie wystarczy, żeby nadać życiu znaczenie. Zrozpaczeni ludzie szukają pomocy u psychiatrów, rozmaitych terapeutów i coachów, proroków-oszustów i uzdrowicieli – albo zapomnienia w alkoholu i narkotykach. Może w końcu największą świadomością dysponują Żebrak i Menel, którzy na własnej skórze przekonali się, że nie tędy wiedzie droga do szczęścia? Monologi obu tych postaci tworzą ramę spektaklu, Współczesny Człowiek wrócił do punktu wyjścia i będzie szukał innej drogi. Otwarte pozostaje pytanie, czy znajdzie tę właściwą.
Taka diagnoza współczesności wydaje się banalna, ale humorystyczne ujęcie pozbawia ją moralizatorskiego ciężaru, dodaje lekkości i dystansu. Sama diagnoza zresztą, potraktowana w pewien sposób ironicznie, również staje się celem żartów. Wizję człowieka jako ofiary cywilizacji stworzyli ludzie po to, żeby zdjąć z siebie odpowiedzialność za własne czyny. Ta podwójna perspektywa zostaje osiągnięta głównie dzięki niuansom gry aktorskiej. To właśnie aktorstwo jest głównym atutem spektaklu. Sprawia, że historie bohaterów, do których na pierwszy rzut oka trudno się odnieść, nabierają uniwersalnego charakteru, stają się karykaturalnym przedstawieniem typowych ludzkich słabości.
Reżyserka nie zlekceważyła ani jednej chwili na scenie. Przejścia między monologami zostały przemyślane nie tylko aktorsko, ale także przestrzennie. Każdemu bohaterowi przypisane zostało konkretne miejsce na scenie, które definiuje jego sytuację i określa relację ze słuchaczem, tym, do którego skierowane są słowa, a także tym, który siedzi na teatralnej widowni. Żebrak stoi z lewej strony – częściowo schowany za filarem, trochę z niepewności, a trochę ze wstydu. Wyposażony opiera się o tylną ścianę sceny i z zadartą lekko głową mierzy publiczność pobłażliwym spojrzeniem; poczucie wyższości, jakie dają mu sukcesy erotyczne, wyrażone zostało dystansem wobec widowni. Psychiatra natomiast podchodzi bardzo blisko do widzów, siada na krześle w odległości metra od pierwszego rzędu. Stara się nawiązać bliski kontakt ze swoim pacjentem, wymusić jego zaufanie. Patrzy widzom prosto w oczy, uśmiecha się, mówi „my”.
Kreacja aktorska jest zachwycająco precyzyjna, dopracowana do najmniejszych szczegółów. Napiątek używa niewielu rekwizytów: jedno krzesło, fotel na kółkach, wieszak na ubrania, telefon. Z rzadką wprawą i swobodą przechodzi z jednej roli w następną. Przejścia pozornie polegają tylko na minimalnych zmianach stroju (zdjęcie bądź założenie koszuli, marynarki, płaszcza, czapki) i fryzurze (nastroszenie włosów, przygładzenie na bok, zaczesanie palcami do tyłu). Tak naprawdę zmienia się jednak wszystko: od wyrazu oczu i mimiki, przez intonację i barwę głosu, po sposób poruszania się i gestykulację. Żebrak ciągnie za sobą jedną nogę, uśmiecha się nerwowo i nawykowym ruchem ręki poprawia czapkę. Imprezowicz stoi bokiem, podryguje, co chwila zadziera do góry podbródek. Psychiatra siedzi z łokciami na oparciach fotela i złączonymi palcami rąk, uśmiecha się nieszczerze i przemawia do pacjenta, jakby mówił do dziecka. Wydaje się wręcz niemożliwe, że to ciągle ten sam aktor. Kiedy zamienia się w Bogacza, „przybiera na wadze” co najmniej dziesięć kilogramów. Stoi z wypchniętym do przodu brzuchem i gryzie wykałaczkę. Każda postać została wyposażona w zestaw charakterystycznych zachowań, gestów, zwrotów. Dzięki temu, kiedy zaczyna mówić, natychmiast pojawia się cały jej świat: rozmówcy, otoczenie, przeszłość. Każda z postaci jest przekonująca, choć żadnej nie można polubić. Wręcz przeciwnie – wszystkie są odrażające, a Napiątek tak głęboko wchodzi w rolę, że moment, w którym po ostatnich słowach zrzuca z siebie wszystkie maski i okazuje się całkiem sympatycznie wyglądającym aktorem, jest wręcz szokujący. To tak, jakby dosłownie, fizycznie, zdejmował z twarzy maskę. Jakby obfity prysznic zmywał z niego gruby makijaż. Jakby w jednej chwili opadał z niego kostium.

p i k s e l